Zapowiedź konkursu na fartucha z Master Szefa

Dzień dobry !

Dzisiaj krótko. Skończyły się jednak tak zwane wakacje i klienci mnie męczą. Niech męczą, tylko niech też płacą! Przygotowuję kilka ciekawych wpisów. Nie tylko dla Dożartej, ale też do Tasty Colours. Wpisy będą satyryczno – groteskowe. W końcu  chodziłam do klasy humanistycznej. Muszę sobie przypomnieć, jak się ładnie pisze.

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebook vel Fejsmorda. Wystarczy kliknąć na Lajka. Dlaczego ? Ano dlatego, że puszczam tam też zdjęcia tego, co jem na co dzień. Są to zdjęcia robione na szybko. Na drugim blogu zdjęcia są trochę bardziej „art”, bo TC to produkt eksportowy. Choć nie zawsze, poziom mi spadł ostatnio, bo za dużo problemów mam na głowie.

A już wkrótce długi wpis o cebuli. Mam dla Was pyszną cebulową tartę. Zamierzam też ogłosić konkurs na FARTUCHA Master Szefa. Kto chce dostać (nie za darmo, rzecz jasna) niech czyta. Nikt mi nie wierzy bowiem, że byłam w Master Szefie. Dwa odcinki i nic. Nie pokazali nawet kawałka mojego nosa, a nie należy on do małych. Zdjęcia też nie pokazali. A ja tak fajnie tę szalotkę siekałam. No nic, będę do tefałenu pisać. W końcu ja FARTUCHA mam i Wam go pokażę.

Przepraszam, że nie odpowiadam na komentarze na bieżąco. Postaram się to nadrobić w weekend. Ale nie na sto procent. Wybieram się bowiem na kolację staropolska. Będzie tam sam Pan Profesor Jarosław Dumanowski, o ile Wam to coś mówi.

Miłego weekendu ! Pozdrawiam też tefałen. Jedna Pani do mnie pisała, że dostała 16 maili z linkiem do mojego pierwszego wpisu. Fajnie. Pa pa !

Reklamy

Master Chef (3). Casting Główny.

Dzisiaj kolejna relacja mojej przygody ze światem szoł byznesu.  Oglądaliście jedną z ostatnich zajawek drugiego odcinka Master Chefa ? Lektor zapowiada w nim, że trwa ostra walka i że kandydaci na mistrzów kuchni oddzielani są od dyletantów.  No więc najlepsi czy dyletanci ?

Tymczasem jesteśmy już po emisji pierwszego odcinka hitowego programu. Jakie są Wasze wrażenia ? Chciałabym podzielić się z Wami wieloma moimi spostrzeżeniami, ale na tym etapie emisji jest to niemożliwe, stąd pewne zagadnienia będą poruszone i przedstawione jedynie obrazowo, jako ewentualny zaczyn przyszłej dyskusji. Ponieważ mamy w Polsce gwarantowaną konstytucyjnie wolność wyrażania swoich poglądów, nie zamierzam milczeć na temat sytuacji, która dotyczyła mnie w jakiś tam sensie osobiście. Nie mam też wpływu na to, w jaki sposób (o ile w ogóle) telewizja wykorzysta mój wizerunek, a jak wiadomo, może to zrobić w sposób bardzo be. Takie wrażenie miałam oglądając komentarze jury dotyczace dania przygotowanego przez uczestniczkę ze Śląska. O czym poniżej. Najpierw jednak relacja z mojego występu.

 

Gratulacje ! Jesteś wśród 100 najlepszych ! Dostałaś się do II etapu castingu Master Chef !

Kilka dni po precastingu  odebrałam telefon z TVN z informacją, że dostałam się na casting gówny.  Nastąpiła radość. Została ona zmącona okolicznością, że nieco wcześniej podano do publicznej wiadomości, kto – oprócz Magdy Gessler – będzie w składzie trzyosobowego jury.

Ponieważ jury nie będziemy się dzisiaj zajmować, napiszę jedynie krótko, iż  rozczarowałam się.  A to z tego powodu, iż w składzie tegoż,  może oprócz Michela Moran, nie ma ani jednego renomowanego szefa kuchni. Pisał jakiś czas temu na ten temat na swoim blogu Adam Chrząstowski z krakowskiej Ancory TUTAJ. Wielka szkoda, że producent zdecydował się na wystawienie osób związanych ze stacją, które ogladamy na co dzień (restauratorki oraz obiecujacej, uzdolnionej ale malo doświadczonej Anny Starmach).  Być może też wybór Magdy Gessler na przewodniczącą spowodował, że zainteresowanie precastingami było małe.

Miałam wątpliwości.  W domu doszło doszło do burzy mózgów – brnąć w to dalej, czy nie ? Ponieważ człowiek jest istotą ciekawską i próżną, wygrała opcja pierwsza.  Z czystej ciekawości, jak to będzie zaserwować coś najlepszym kubkom smakowym w Polsce.

Decyzja podjęta.   Zgodnie z zapowiedzią organizatora, należało przyrządzić od zera  „swoje popisowe danie” w ciągu godziny.  Moje popisowe dania automatycznie odpadły. Zazwyczaj marynuję, robię półprodukty, które potem wykorzystuję. W czasie wymiany maili z bardzo uczynnym panem XX okazało się też, że producent zapewnia podstawowe produkty, bez doprecyzowania jednak, co pod tym pojęciem rozumie. Nastąpiła wymiana korespondencji.  A to okazywało się, że można przynieść półprodukty (przykładowo bulion, którego można użyć do risotto; kostek rosołowych bowiem nie używam), a to, że jednak nie.  Potem znowu jednak tak. Mając wrażenie, że brak w tym całym interesie konsultanta kulinarnego ze strony producenta, postanowiłam nie ryzykować i dlatego zdecydowałam, że przyniosę  własne produkty oraz własne kuchenne utensylia.

Następnie nastąpiło zastanawianie się, co ugotować na castingu głównym. Czy przyrządzić danie z mojej ukochanej kuchni tajskiej? Nie. Pani Magda Gessler przecież nie uznaje trawy cytrynowej i liści limonki kaffir pływających w zupie (można śmiertelnie się zadławić, czy coś w tym guście, jak stwierdziła w jednym z odcinków Kuchennych Rewolucji, kręconych w krakowskiej restauracji Samui). Ponieważ ja z kolei nie uznaję kuchni tajskiej bez tych wszystkich „śmieci”, które pływają w curry czy też zupach, porzuciłam myśl o przyrządzeniu jakiegokolwiek tego typu dnia.  Jeszcze naraziłabym kogoś na śmiertelne zadławienie. Zrezygnowałam również z risotto.  Obawiałam się, że nie będę mogła przynieść własnego bulionu,  to po pierwsze. Po drugie, gdyby zdarzyło się, że risotto z uwagi na wymogi produkcji telewizyjnej (przestoje, czekania itepe) odpoczywało dłużej niż optymalne 3-4 minuty, zrobiłby się z niego paciajowaty ryż.  Z podobnych względów nie zdecydowałam się na przyrządzenie własnoręcznie przyrządzonego makaronu. A co będzie, gdy się okaże, że pasta „rozgotuje” mi się podczas czekania na ocenę przez jury ?

Ponieważ w zamrażalniku była resztka skoncentrowanego bulionu z kości cielęcych,  postanowiłam przygotować  coś bardziej klasycznego, bezpiecznego, takiego polsko –  francuskiego.. I  bez żadnego koziego sera, bo Pani Magda nie lubi przecież.

Pierś kaczki byla w miarę bezpiecznym daniem. Choć wiecie – nie daj Boże traficie na starą, wielką kaczą pierś i wyjdzie Wam podeszwa. Z uwagi na sezon buraczkowy, zdecydowałam się na podanie małych buraczków, glazurowanych w maśle rozmarynowym, miodzie, occie balsamicznym i z delitkaną nutą z czarnej porzeczki (tj sokiem porzeczkowym).  Dodatkiem do  kaczki  miał być sos na bazie małej, posiekanej szalotki, fond de veau, o którym pisalam w poprzednim poście, redukcji z czerwonego, wytrawnego  wina, octu balsamicznego, na koniec zaciągniętego masłem. Do tego puree ziemniaczane. Trochę jak w typowym, paryskim bistro. Oprócz  buraków, rzecz jasna, bowiem Francuzi ich nie lubią i nie jadają. Może proste, ale nie chciałam przekombinować z ilością dodatków.

Najsłynniejszych kubków smakowych w Polsce nie można częstować produktami kiepskiej jakości, stąd zatem wykosztowałam się przeokrutnie i zakupiłam prawdziwy, kilkunatoletni ocet balsamiczny. Z tego samego względu nabyłam przyzwoite, wytrawne  czerwone wino, a także świezy rozmaryn na krakowskim Kleparzu (nie mam bowiem ogrodu ani balkonu i nie mogę sobie sama wyhodować). Szalotka zaś przyjechała z Francji – nie dlatego, że zboczona jestem, ale dlatego, że akurat mój mąż przylatywał z Paryża; zatem zapakował do walizki to, co zostało mu w kuchni. Poza tym jedzenia nie marnujemy.  Ziemniaki zamówiłam u znajomej sprzedawczyni z pobliskiego targu, która kitu nie wciśnie. Problemem okazała się pierś kaczki. A to z tego względu, że jak na złość nigdzie nie można było kupić niewielkiej. Pozostało zatem liczyć na tę dostarczoną przez organizatora.

Casting

Casting  odbywał się w lipcowy poranek. Było tylko plus trzydzieści stopni w cieniu.  Manatki, to jest: przyprawy, noże, obieraczki i garnki spakowane do torby, podrygiwały  w bagażniku samochodu. Jak pech, to pech. Okazało się, że właśnie w ten dzień opublikowano na łamach krakowskiej Gazety Wyborczej recenzję Wojciecha Nowickiego z wizyty w niedawno otwartej restauracji sygnowanej nazwiskiem Magdy Gessler – Marcello, usytuowanej na krakowskim Rynku. Recenzję możecie przeczytać tutaj. Skrytykowaj jej sosy, że niby są robione z cukrem.

Niedobrze, pomyślałam. Pozostało mieć nadzieję, że  jurorka nie przeczytała, a nawet jeżeli, to że się nią  nie przejęła. W końcu co tam taki lokalny dziennikarz.

Po przybyciu na miejsce wraz z rodziną i załatwieniu różnych formalności, schowaniu półproduktów do lodówki, zostaliśmy poddani obróbce techniczno – telewizyjnej. Każdy dostał numerek. Pozostało czekać na swoją kolejkę. Jak się okazało długo, ale co zrobić. Fajnie było. Kamery jeździły. Przyglądając się sprzętowi, na którym przyjdzie mi gotować, okazało się,  gaz jest z butli, a woda w kranie również.  Trudno się dziwić, w końcu to studio. Po dwóch godzinach moje czteroletnie dziecko miało dość telewizji i z wrzaskiem kazało odwieźć się do domu. Mimo tego, że kazano nam pod przewodnictwem super energicznej pani YY robić „uuuuuu” albo „ooooo” , klaskać , śmiać się, dziecko najwyraźniej miało to  gdzieś i zrobiło bunt. Nawet pełna werwy i życiowej energi pani YY nic nie poradziła, choć jest specem w tej ciężkiej i niewdzięcznej pracy, jaką jest stymulacja drętwych uczestników.  Ogólnie było bardzo miło, zostały zawarte pierwsze znajomości, choć nie wolno było wychodzić bez pozwolenia na siku ani pytań zbyt wielu zadawać.  Zostaliśmy poinstruowani, że po zakończeniu przyrządzania potrawy, mamy pięć minut na zaserwowanie jej z garnków przed jury i w tym samym czasie na zaprezentowanie się.

Przyszła moja kolej. Gotowanie przed najeżdżającymi kamerami i w świetle reflektorów nie było stresujące. Jak to w telewizji, chciano wydobyć zwierzenia w stylu „marzę o wygraniu programu”. Powiedziałam, że skupiam się na dobrym wykonaniu zadania, ale zobaczylam, że miły pan reporter się rozczarował. Ok, no dobra, marzę o dostaniu się finału. Uff, lepiej.   Tak więc bardziej stresująca od obecności kamer była okoliczność, że litr wody w garnku na ziemniaki nie chciał się zagotować przez 25 minut, bowiem gaz, jak już zaznaczyłam, mieliśmy z butli i zwyczajnie nie miał mocy. Dobrze, że nie przyszło mi do głowy gotować czegoś z woka, bo dopiero bym się załatwiła. Ponieważ nie dostarczono nam płynu do mycia naczyń ani gąbki, sprzątanie na bieżąco i mycie pobrudzonego sprzętu było bardzo utrudnione.  Po raz kolejny miałam wrażenie, że producent nie zaangażował konsultanta do spraw kulinarnych, chociaż czy trzeba  takiego zatrudnić aby nie wiedzieć, że w kuchni czystość i porządek to jedna z podstaw sukcesu, a bajzel jedną z przyczyn porażki ?

Trudno, myłam mój nóż i obieraczki kilka razy pod wodą, która kapała, kapu kap.  To, czego nie dało się umyć ze względu na brak myjki, po prostu kładłam na podłodze.

Podsumowując,  z efektu końcowego nie byłam tak zadowolona do końca, ale najgorzej nie było.

Dobrze też, że przyniosłam własne przyprawy, no i ten ocet, bowiem firma KK królowała w ramach product placementu.

 

„Zrobiłaś ordynarny sos cebulowy”

Z chwilą przekroczenia progu pomieszczenia, w tórym zasiadało jury, poczułam, że znalazłam się w innym świecie. Wszyscy wyglądali, jakby ktoś powsadzał im kije nie powiem gdzie. Teatralne miny i pozy. Odniosłam wrażenie, że musi być im niewygodnie na tronach, na których ich posadzono. Śmiać mi się chciało w tej wynaturzonej i sztucznej atmosferze. Piszę to zupełnie niezłośliwie, sytuacja była komiczna. Poczułam się jak akrobata balansujący po cienkiej linie zawieszonej nad głęboką przepaścią.

Trzeba było odpalić kuchenkę, której się nie znało, podgrzać danie, nie przypalić, przedstawić się, odpowiadać na pytania, uważać, aby spływający makijaż wraz z potem nie kapnął na talerz. No i jeszcze zaserwować.

W trakcie przedstawiania się (nazwisko, imię, gdzie mieszkam, jaki zawód wykonuję) przewodnicząca jury przerywając mi w pół słowa odparła, żebym przestała się reklamować. Następnie nastąpiła prezentacja potrawy. Zostałam przepytana o technikę przyrządzenia fond de veau. Tu nastąpiła mała konsternacja. Ja mówiłam o fond de veau, a oni o demi glace. Doszło do zwykłego nieporozumienia, którego nie warto było rozstrzygać, ponieważ czas wartko płynął i mogłam nie wyrobić się z prezentacją. Trzeba było zaserwować danie. Nie była to sprawa łatwa. Jury gadało, mnie się śmiać chciało, kuchenka szalała, pot spływał, kleks sosu nie wyszedł jak trzeba. Minuta już została, ręka się trzęsła, trzeba było naprędce ułożyć puree, kaczkę i buraczki.  No, nie wyszło to tak, jak w domu, gdy człowiek gotuje sobie sam. Ale jest, voila !

Miałam wrażenie, że druga część, czyli degustacja i ocena, trwała wieki. Nie dlatego, że tak mi się czas dłużył choć przyznaję, że gorąco mi było od emocji.  Po prostu jury tak wolno się ruszało i degustowało z namaszczeniem, miny przy tym robiąc komiczne. Hop miniskulnego kawałeczka tego i owego na koniuszek języka. Zresztą sami mogliście to zobaczyć  w pierwszym odcinku, żadna tajemnica. Na szczęście nikt się nie zakrztusił ani nic nie wypluł. To już był suckes, ponieważ spodziewałam się wszystkiego.

Ocenę dania zaczęła Pani Magda Gessler. Coś mówiła  o tym, że u niej w domu robiło się sos cebulowy, czy jakoś tak. Nie wiem, jaki to miało związek z moim daniem, ponieważ przecież w moim sosie nie było cebuli, tylko jedna, malutka szalotka, która ma zupelnie inny smak niż nasza polska, żółta cebula.

 – „Zrobiłaś ordynarny sos cebulowy, a kaczka jest twarda. Jestem na nie”.

A może to było tak:

– „Kaczka jest twarda, a ty zrobiłaś ordynarny sos cebulowy. Jestem na nie”.

O burakach chyba nic nie powiedziała. No. Mina mi zrzedła, nie powiem, widać to było  zresztą na zajawce drugiego odcinka. Pozostali członkowie jury byli bardziej wyrozumiali. Michel wspomniał, że mogłam osiągnać ten sam efekt bez demi glace. No może i mogłam, choć nie do końca się zgadzam. Podobały mu się buraki, puree nie (mnie zresztą też nie do końca, bo woda gotowała się za długo i nie zdązyłam go wykończyć, tak jak chciałam) był na tak, podobnie jak najmłodszy i najładniejszy juror.

Podsumowując, choć fartuch Master Chefa dostałam, to rozczarowanie pozostało. Kaczka nie była bowiem twarda.  Sos – nawet jeżeli ordynarny – nie był cebulowy.  Bo nie było w nim cebuli. Był to sos, jaki dość często jadałam w typowych, paryskich bistrach na rogu ulicy. Ale po co dyskutować. Wszak to przewodnicząca jury ma najlepsze kubki smakowe w Polsce i potrafi odróżnić mięso rozbijane tłuczkiem na drewnianej desce od mięsa rozbijanego na plastikowej. Ja tego nie potrafię, wiem natomiast, że szalotka nie smakuje tak jak cebula i tego się będę trzymać. Chciałam się bronić, ale wyproszono mnie z pokoju.

Może kompocik ?

Powracając do wrażeń z pierwszego odcinka programu, miałam wrażenie, że nieładnie potraktowano jedną z uczestniczek. Przygotowała ona typowo przygotowała typowy śląski obiad, włączywszy w to kompot. Kompot, jak wiadomo, nie jest typowy tylko dla Ślaska.

Niestety, oglądając reakcję jury miałam wrażenie, że usiłowano naśmiewać  się z uczestniczki.  Moim zdaniem skutecznie się  obroniła.

Zdarzyła sie moim zdaniem rzecz niedopuszczalna w programie, w którym jurorzy oceniają potrawy przygotowane przez kandydatów. Michel Moran, Hiszpan przedstawiany jako Francuz (przeciętny Kowalski, oglądający rzeczony program jest święcie przekonany, iż jest Francuzem) odmówił spróbowania polskiego kompotu, nie podając przy tym przyczyny.  Nie uważacie, że członek jury ma wręcz obowiązek spróbować wszystkich potraw, nawet jeżeli ich nie lubi ?. Bylo to mało profesjonalne, a co więcej dal Michel Moran wyraz, w jakim poważaniu ma tradycyjną kuchnię polską. I choć mojemu mężowi nigdy nie robię kompotu, bo wiem, że Francuz nie wypije słodkiego napoju do wytrawnego dania, to w tym przypadku członka jury jest to zupełnie inna sytuacja. To samo  dotyczy Magdy Gessler i jej awersji do koziego sera, czemu ne omieszkała dać wyraz w  jednej ze swoich wypowiedzi, że śmierdzi jak tył  rzeczonego zwierzęcia czy coś. Nie komentuję tutaj wrażliwości kubków smakowych niekwestionowanego autorytetu, uważanego przez wielu Polaków za najsłynniejszego szefa kuchni w Polsce, poprzestanę na stwierdzeniu, że w programie MC nie powinno być miejsca na takie grymasy. To, co mnie rozczarowało najbardziej to fakt, że nie pokazano, jak kandydaci gotują a jedynie, jak serwują potrawy. To jest bardzo ciekawe.

Niestety, taka jest dzisiejsza telewizja. Istotna jest historyjka, najlepiej jakaś podszyta ludzką tragedią. A gdzie rzetelność ? Proszę Państwa, to nie program Top Model, w którym startowały młode i niedoświadczone dziewczyny. Sami zaprosiliście ludzi w rożnym wieku, wiele z nich o poważnych zawodach, którzy mają oczy i uszy otwarte i potrafią wyciągać wnioski. Więc nie wtykajcie nam kitu.

Dzisiaj sprawy organizacyjno – porządkowe

Dzisiaj będzie organizacyjnie:  linki do moich wcześniejszych recenzji i tekstów, opublikowanych na blogu tastycolours (http://tastycolours.blogspot.com/). Co prawda większość z nich powstała już jakiś czas temu, ale np. paryskie impresje nadal zachowują aktualność. Wszystkie miejsca odwiedziłam ponownie w tym roku, podczas tak zwanego urlopu. Nadal istnieją, działają i dobrze się mają. Większość zalinkowanych poniżej tekstów napisałam w języku angielskim, jak usłyszałam ostatnio – napisanych językiem „dostojnym”. No cóż, nie jestem native speakerem, na co dzień pracuję w prawniczym angielskim, pewnie stąd ta „dostojność”. Część paryskich impresji została przetłumaczona na język polski i opublikowana na portalu VINISFERA (http://vinisfera.pl/ ). Pozostałe zamierzam przetłumaczyć i zaktualizować pod kątem polskiego czytelnika we „właściwym” czasie (głównie robię to po nocach, po pracy, gdy rodzina śpi). A poniżej linki do tekstów w języku angielskim:

Master Chef (2). Po precastingu.

Jestem zszokowana liczbą osób, które odwiedziło ten blog.  18 tysięcy wejść od niedzieli wieczorem to chichot losu. Zdaję sobie sprawę, że poruszony przeze mnie temat jest na czasie. Jestem świadoma, że moja relacja z precastingu jest kontrowersyjna. Dotyczy programu, który zapowiadany był jako hit, a precasting opisałam nieco jako kit.  Zdania nie zmienię.

Wczoraj  otrzymałam nie tylko pozytywne komentarze, ale również słowa krytyki. O ile krytyka jest konstruktywna, ironiczna czy też sarkastyczna, komentarze takie będą publikowane. Niech rzozbrzmiewają różne głosy. Natomiast bardzo Was proszę, nie traćcie czasu na skrobanie tekstów, w których roi się od inwektyw. W takim przypadku naciskam mały, czarny, czarodziejski guziczek z napisem „D E L E T E”. Szkoda Waszego czasu !

A ze słów krytyki i uwag, które pojawiły się wczoraj i do których ustosunkuję się kiedy indziej,  wynotowałam sobie najciekawsze, moim zdaniem:

–  „mój post czyta się jak komentarz rozgoryczonej osoby, która się nie dostała…”

– „zastanawia mnie zawsze po co się takie osoby pchają do reality tv skoro tak gardzą całą tą formułą;

– „to jest program rozrywkowy i to ma się dobrze oglądać”;

– „TVN musi się trzymać konwencji narzuconej przez wersję master chef z USA, więc ciężko, żeby to wyglądało inaczej”;

Odpiszę Wam w najbliższych dniach.

Na początku lipca dostałam wiadomość, że zakwalifikowałam się do kolejnego etapu. Zostałam wybrana do setki, która  została zaproszona na tzw. casting główny. Pierwszą relację i pierwszy odcinek z niego można było oglądać w ostatnią niedzielę.  Z przyczyn czysto obiektywnych nie mogę dzisiaj niczego więcej napisać, ale moją opinią podzielę się w stosownym czasie.

Niektórzy mieli wrażenie, że z opublikowanej przeze mnie przedwczoraj relacji nie wynika nic poza tym, że pisała to rozgoryczona i zakompleksiona osoba, że z uczestnictwa w precastingach i castingu głównych nie wynika nic pozytywnego. Zakompleksiona nie jestem, bo zwyczajnie za stara już jestem na takie pierdoły. Rozgoryczona bywam, gdyż nieobce są mi ludzkie uczucia.

Każda przygoda (bo była to przygoda) ma jakiś sens. Można też dowiedzieć się o sobie rzeczy, o których nie miało się pojęcia. Produkcja produkcją, a format formatem. Nawet będąc mini trybikiem w wielkiej machinie i godząc się na uczestnictwo w imprezie o kształcie której – jak ktoś napisał wczoraj w komentarzach – decyduje licencja i konwencja narzucona przez wersję master chef z USA, był jeden ogromny pozytyw: poznałam wielu fantastycznych, ciekawych świata, zdolnych ludzi. Po kilku tygodniach znajomości mogę z calą stanowczością stwierdzić, że okoliczność, że części z nich nie udało się przejść do dalszych etapów ma niewiele wspólnego z ich praktycznymi umiejętnościami.

Każdy wykonuje inny zawód, mniej lub bardziej odpowiedzialny, mniej lub bardziej stresujący. Jedni marzą, by zmienić swoje życie, rzucić wszystko w cholerę i podjąć nowe ryzyka. Inni są pogodzeni, spełnieni i lubią swoje aktualnie wykonywane zawody.

Wiele z nich ma dużą, praktyczną wiedzę, a nie pochodzącą z internetu, jak powiedziała kategorycznie Magda Gessler w jednym z sierpniowych wywiadów dla DDTVN. Jeżdżą na szkolenia, kursy, czytają, oglądają, gotują, pomagają, służą radą. Mam kontakt z osobami, którzy mają mniej lub bardziej sprecyzowane plany kulinarne. Usiłują je realizować konsekwentnie i bez chodzenia na skróty.  Prawie każdy z nich ma jakąś specjalizację kulinarną.

A na zakończenie napiszę, że gros osób, które zajmowały się nami podczas precastingów i castingów, były zupełnie niesamowite i bardzo ladnie się nami opiekowały.

Wracam do pracy. Miłego dnia!

Master Chef. Relacja z precastingu

Dzisiaj o godzinie 20.00 na stacji TVN będziecie mogli obejrzeć pierwszy odcinek nowego reality show t.j. pierwszy odcinek polskiej edycji programu Master Chef. Kto ogląda TVN, ten zapewne widział zapowiedź programu. Kto mieszka w Krakowie, ten zapewne widział gigantyczny plakat na nieczynnym hotelu Forum, z którego wyretuszowana do granic karykatury postać Magdy Gessler spoziera w przestrzeń swoim groźnym, odchudzonym okiem. Aż można się przestraszyć.

Na początku uprzedzam Was, że celem tego mini cyklu jest próba ukazania mechanizmów działania tego typu programów, zaobserwowanych w związku i podczas uczestnictwa w nim,  a nie atakowanie poszczególnych osób (wręcz przeciwnie, poznałam wiele ciekawych i utalentowanych osób – zarówno ze strony produkcji, jak i uczestników). Zdaję sobie sprawę, że niestety tak to może zostać odebrane.

Od „Ugotowanych” „do „Master Chef”

Zapowiedzi o precastingach do pierwszej polskiej edycji programu Master Chef pojawiły się – o ile pamiętam – w maju. Równocześnie wówczas zaczęto spekulować w sieci na temat tego, którzy szefowie wezmą w nim udział jako jurorzy. Na forach internetowych i nie tylko podawano różne nazwiska i padały poważne zarzuty – ale o tym w kolejnym poście. A sama TVN usiłowała podgrzać atmosferę.

Od początku miałam wątpliwości, czy zgłosić się na precastingi do programu realizowanego przez stację, która moim zdaniem zdążyła już zepsuć dwa bardzo dobre formaty kulinarne – „Ugotowanych” oraz „Kuchenne Rewolucje”.

Jeszcze mieszkając we Francji miałam  możliwość oglądania paru sezonów programu „Un diner presque parfait” („Ugotowani” i „Un diner presque parfait” produkowane na licencji „Come Dine With Me”). Program ten, choć realizowany przez komercyjną stację M6, w nieco głupkowato – infantylnej formule, był jednak produkcją, w której motywem przewodnim były kulinaria i gotowanie przez kucharzy – amatorów. Każdemu uczestnikowi poświęcony był jeden, bodajże 40 minutowy odcinek. Sporą część czasu antenowego pochłaniała prezentacja przygotowania potraw przez uczestników. Po wygraniu odcinka kucharz amator przechodził do kolejnego etapu – zdaje się rywalizacji regionów, a w końcu do finału. Jeden z nich odbywał się na żywo w paryskim hotelu Lutetia, dwa kroki od miejsca, w którym wówczas mieszkałam.

Polska wersja programu pojawiła się na antenie TVN w wersji bardzo okrojonej i zubożonej od tej, którą miałam możność oglądać we Francji. Po pierwsze, nasza czołowa komercyjna stacja telewizyjna okroiła istotnie czas antenowy – do jednego, godzinnego odcinka tygodniowo, poświęconego aż czterem uczestnikom. Po drugie, nie dziwi zatem, że mało uwagi poświęcono przyrządzeniu dań przez poszczególnych uczestników.  Po trzecie, oglądanie „Ugotowanych” było dla mnie swego rodzaju torturą, a to ze względu na nachalne lokowanie produktu o nazwie „Kucharek”–  który w ogóle nie powinien być używany przez żadnego, szanującego się kucharza. Podsumowując, polska wersja Ugotowanych stanowiła nędzną namiastkę całkiem przyzwoitego formatu kulinarnego dla amatorów.

 

Master Chef – a po co Ci to ?

Mój mąż, który jest jeszcze większym sceptykiem niż ja, od początku nie był zachwycony moją decyzją o przystąpieniu do precastingu pytając, „a po co Ci to ?”. Był zdania, że w reality show gotowanie będzie na drugim planie, zaś na pierwszym ludzkie emocje i ekshibicjonistyczna odsłona prywatności bohaterów. Gdy się okazało, że szefem jury została gwiazda TVN i „niekwestionowany autorytet kulinarny każdego Polaka o najlepszych kubach smakowych w Polsce” – czyli Magda Gessler, prawie zabronił mi udziału w programie. Większość moich znajomych była jednak przeciwnego zdania twierdząc, że wszystko przemawia na rzecz tego, abym na precastingi się zgłosiła. Kto zna moją historię, ten wie. Ponieważ nie opowiedziałam jej jednak TVN (o czym później), nie zamierzam ujawniać jej i tutaj. Miałam w pamięci świetną wersję francuską tego programu – choć analizując sprawę z perspektywy czasu sądzę, że prawdopodobnie i we francuskiej istotną rolę odgrywają ludzkie życiorysy i ludzkie historie, ujawniane przez uczestników produkcji.

Decyzja o zgłoszeniu się na precastingi została podjęta niemalże w ostatniej chwili.   Siedząc na drugi dzień wieczorem po wysłaniu zgłoszenia w krakowskim wine barze przy Placu Szczepańskim z długo niewidzianą przyjaciółką, nagle rozległ się dźwięk telefonicznego dzwonka. Oto TVN dzwonił. A konkretnie pani nosząca to samo imię, co bohaterka najsławniejszej legendy celtyckiej. Na wszelki wypadek imienia nie podaję, ale kto jest średnio oczytany, ten się domyśli. Pani sympatycznym i żwawym głosem oświadczyła, że oto takich osób jak ja szukają. Po minucie rozmowy okazało się, że jestem fajna, bo jestem szalona.  Co prawda na koniec rozmowy nastąpił mały zgrzyt. Na pytanie, czy ewentualnie ekipa TVN mogłaby odwiedzić mój dom, odparłam, że raczej nie….Po zakończeniu rozmowy nastąpił zakup drugiej karafki białego wina  i jego konsumpcja z koleżanką oraz zastanawianie się nad menu.

Na precasting należało przynieść potrawę przyrządzoną w domu.  Na jej odgrzanie oraz prezentację na miejscu – zgodnie z informacją organizatora – było zaledwie 5 minut czasu.   Plusem takiego rozwiązania była możność przyrządzenia bardziej skomplikowanego i czasochłonnego dania, a minusem – okoliczność, że nie mogłam przygotować mojego ulubionego. Postanowiłam przygotować danie, które kiedyś zachwyciło moją francuską rodzinę – wołowinę wolno duszoną w fond de veau i białym, wytrawnym winie.  Przyrządza się je dwuetapowo, ponieważ najpierw należy zrobić veal stock, zwany inaczej fond de veau,  a po polsku podobno demi glace, chociaż po francusku demi glace to nie to samo, co fond de veau.  Przepis, który wypatrzyłam kiedyś w książkce Micheala Bootha, absolwenta Le Cordon Bleu, o której to książce i który to przepis prezentowałam na moim kucharskim blogu tastycolours.com. Danie to jest przykładem porządnej, dobrej, domowej francuskiej kuchni w stylu Julii Child, choć nie ma w nim masła, które uwielbiała.  Wymaga przede wszystkim czasu i sezonowanej wołowiny.  Na precasting zamówiłam zatem z wyprzedzeniem dwa kilogramy węgierskiej, sezonowanej wołowiny (nie była wcale horrendalnie droga, co mnie mile zaskoczyło). Tydzień przed precastingiem przygotowywałam fond de veau. Mięso odebrałam w piątek po południu i w wieczór poprzedzający niedzielny precasting moja wołowina, uprzednio zabejcowana w brandy, dusiła się wolno.  Postanowiłam ją podać z klasycznymi glazurowanymi marchewkami. O godzinie drugiej w nocy była gotowa (choć i tak najlepsza jest na trzeci dzień).

Precasting w Katowicach. Czy jest Pani szalona ?

Na precasting wstaliśmy o godzinie 6 rano. Trzeba było dojechać z Krakowa do Katowic pod halę Makro na godzinę 8.00. Ponieważ na tym etapie organizator nie zapewniał sprzętu, wszystko – począwszy od talerzy do patelni, przez papierowe ręczniki i widelce, trzeba bylo wziąć ze sobą. Dzień czy dwa wcześniej oglądałam relację z precastingu w Krakowie. Pokazano uczestników o numerach od tysiąca wzwyż. Możecie zobaczyć to TUTAJ.

Wszystko wskazywało na to, że precastingi cieszą się wielkim powodzeniem. Jakież było moje zdziwienie, gdy zajechawszy pod halę Makro tuż przed godziną ósmą rano okazało się, że jestem jedną z pierwszych uczestniczek. Okazało się, że najwyraźniej na terenie Śląska nie ma wielu pasjonatów gotowania. Zamiast setek nakręconych pozytywnie szalonych kucharzy amatorów, zgłosiło się zaledwie około pięćdziesięciu osób.  Dzięki możliwościom technicznym współczesnej telewizji nigdy tego nie zobaczycie.

Zanim jednak nasza pięćdziesiątka przystąpiła do prezentowania dań dla jury – którym na etapie był m.in. uznany szef Rafał Targosz, gotujący kilka lat temu w Hotelu Copernicus w Krakowie -zostaliśmy obfotografowani i zarejestrowani. Otrzymałam numer 2008. Czyli po prostu numer osiem w drugim castingu. Ale 2008 lepiej wygląda, prawda ? Dowód TUTAJ. Następnie nakazano zebrać się w grupę. Podczas gdy kamera najazdami z góry robiła sztuczny tłum, kazano nam krzyczeć coś entuzjastycznie, a potem machać rękami. W międzyczasie pani o imieniu jak z celtyckiej legendy dorwała mnie i usiłowała się dowiedzieć, czy i dlaczego jestem szalona. Najwyraźniej nie uzyskawszy stosownej dla niej odpowiedzi (kudłami nie lubię machać, „dupa” publicznie też nie lubię mówić), straciła nagle zainteresowanie moją osobą i wywiadu nie dokończyła. Kilka chwil później jej uwaga skierowana już była na pewną uczestniczkę o bardzo atrakcyjnym wyglądzie, która – jak się okazało – hoduje konie. „Ale Ty fajna jesteś” – powiedziała (do pani od koni). W oczach pani z produkcji zobaczyłam dwa iskrzące ogniki. Pomyślałam wówczas o posłance Beger. Nie dziwne, że już na tym etapie wstępnie była mowa o wizycie ekipy tvn u właścicielki koni.

Mimo tego, że teoretycznie mieliśmy 5 minut czasu na podgrzanie i prezentację potrawy, w praktyce okazało się, że nikt nam tego czasu nie liczył ze stoperem w ręku. Można było spokojnie się przygotować. Już na tym etapie filmowano nasze poczynania, a szefowie kuchni zadawali pytania w przedmiocie wiedzy kulinarnej.  Były to pytania raczej  na poziomie podstawowym. Czując się nieco jak w cyrku, szef Targosz skomplementował moją  wolno gotowaną wołowinę stwierdzeniem, że „już się we mnie zakochał”. Dokładnie na to liczyłam, ponieważ wiem, że dania na bazie sosu z veal stockiem niekoniecznie przypadają do gustu osobom, które nie znają kuchni francuskiej. Zadowolona z efektu spakowałam manatki do torby i udałam się w kierunku wyjścia. Jak się okazało przedwcześnie. Danie bowiem należało sfotografować. Szkoda tylko, że nikt mnie wcześniej o tym nie uprzedził. Naprędce  otwierałam plastikowe kontenerki i w efekcie zaserwowałam danie na brudnym talerzu. W tym samym czasie zostałam wzięta w obroty przez reżysera i producentkę programu (tę, według której Magda Gessler jest autorytetem kulinarnym dla każdego Polaka, o czym TUTAJ. Posypał się grad pytań o moje szaleństwo. Czy jestem szalona ? Tak, a dlaczego ? Co ostatnio szalonego zrobiłam ? Czy uważam, że prezentacja mojego dania jest szalona ? A co ostatnio szalonego z mężem zrobiłam ? No cóż, kudłami nie macham, „dupa” też nie mówię…. powtarzam to po raz kolejny, jeżeli o to Wam chodzi drodzy Państwo. Na zakończenie dowiedziałam się, że o przejściu do dalszego etapu – castingu głównego decyduje producent.