Czy pobił Panią mąż ? Jedz, módl się, jedz.

Mogłoby się wydawać, że choroba sprzyja regularnej publikacji wpisów. Otóż niekoniecznie. Jeszcze nie wyplątałam się na dobre z pierwszej niedyspozycji, a tu uległam w domu nieszczęśliwemu wypadkowi, który mnie zdeprymował jakoś. Nie napiszę dlaczego. Skutek jest taki, że oto teraz wyglądam jak ofiara przemocy domowej. Na SOR, do którego udałam się w ostatnią sobotę celem opatrzenia rany, padło pytanie: „czy pobił Panią mąż?”. Dobrze, że znajomi wiedzą, że rzeczony mąż, człowiek wrażliwy, przebywa w Paryżu, inaczej nikt by nie uwierzył, że mi nie przywalił.

Dzisiaj napiszę krótko o autorze, który jest mi znany od paru lat. Na książki Michaela Booth, bo o nim mowa, trafiłam w Paryżu podczas buszowania w the Village Voice. Przez wiele lat, przy Rue Princesse, o rzut beretem od Placu Saint Sulpice i Merostwa dzielnicy szóstej (w którym brałam ślub), funkcjonowała sobie anglojęzyczna księgarnia pod nazwą wspomnianą w zdaniu poprzedającym.  Niestety zlikwidowano ją w tym roku. Wielka, wielka szkoda. Fajna była ta księgarnia. Można było pół dnia sobie tam siedzieć z podkurczoną nogą na niewygodnym zydelku i przeglądać w spokoju anglojęzyczne pozycje z całego świata.

Place_saint_sulpice

Tuż po przyjeździe do Strasbourga w 2004 roku mój francuski był bardzo kiepski. Właściwie go nie było. Chodziłam co prawda na kurs językowy przy Radzie Europy, oglądałam wprawdzie francuską telewizję oraz usiłowałam czytać magazyny kulinarne, ale nieudolne zmaganie się z jedną stroną artykułu przez kilka wieczorów z rzędu było udręką. Zeszyt z  wycinkami artykułów i zapiskami trzymam do tej pory – taka jestem porządna. Ileż można było się jednak tak męczyć ? Dlatego w tamtym czasie, przy okazji poznania przyszłego męża i częstych wizyt w Paryżu, stałam się stałą klientką księgarni the Village Voice. Pozostałam nią nawet wówczas, gdy jako tako opanowałam francuski i zaczęłam kupować francuskie książki.

Tym sposobem odkryłam kilka lat temu książki Michaela Booth. Piszę o nim, gdyż  niedawno w Polsce ukazała się jego ostatnia książka zatytułowana „Jedz, módl się, jedz”. Książka ta, zdaje się, będzie w naszym kraju „trendy”. Tytuł chyba celowo nawiązuje do znanego bestsellera Elizabeth Gilbert.

Jest to jedyna pozycja Michaela przetłumaczona na polski i wydana u nas. Jednocześnie jedyna jego książka, której nie przeczytałam. Śmiem twierdzić, że „Jedz, módl się, jedz” jest najbardziej komercyjną książką Michaela i dlatego została przetłumaczona na język polski. Czekam na Wasze recenzje.

Michael jest dziennikarzem i pisarzem kulinarnym. Nie byle jakim jednak. Ukończył, hę, prestiżową szkołę kucharską Le Cordon Bleu. Szkoła znajduje się w Paryżu, o czym wszyscy wiemy, ponieważ skończyła ją też bardzo popularna aktualnie w Polsce Julia Child. Szkoda tylko, że pośmiertnie. Szkoła ta przez wielu jest uważana za najlepszą na    świecie. No, jest prestiżowa, ale przede wszystkim jest horrendalnie droga. Zatem jeśli jesteście na tyle zdesperowani, żeby wyzbyć się majątku, bądź jego części (jak to zdaje się uczynił Michael) i przeprowadzić się na rok do Paryża, żeby poznać tajniki kuchni francuskiej, to proszę bardzo – droga wolna. Le Cordon Bleu nadal nie przeprowadza żadnych egzaminów. Wystarczy sakiewka z dutkami i droga wolna! Tak właśnie zrobił Michael. W kulinarnej niedoli towarzyszła mu żona (musiała zadowolić się resztkami przynoszonymi z lekcji gotowania) wraz z dziećmi. Z rocznego prawie pobytu w Le Cordon Bleu powstał dowcipny (czasem przyciężkawy) zapisek wyczynów kulinarnych autora pod tytułem „Sacre Cordon Bleu. What the French Know about Cooking.  Oraz wyczynów kulinarnych uczących tam szefów. Wspomnienia są dalekie od lukru, ale mimo to Michael darzy szkołę estymą. Pamiętam, że zarzucał szefom prowadzącym szkolenia kulinarnw grzeszki,  wynikające ze słynnej francuskiej arogancji.

W książce znajdziecie również parę ciekawych przepisów. Polecam na przykład  wołowinę wolno duszoną w białym winie, według Gerarda Depardieu – tę, którą poczyniłam na precasting do programu Master Chef. Gdy będziecie w Paryżu, to koniecznie odwiedzcie Rue de l’Abbe Gregoire i butik mięsny pana Bajon, o którym pisałam tutaj. Jak będziecie mieć szczęście, to spotkacie Gerarda Depardieu.  Robi tam często mięsne zakupy, ale wczesnym rankiem.

Po ukończeniu szkoły i odbyciu stażu w jednej z renomowanych paryskich restauracji, Michael Booth stwierdził, że nie nadaje się na szefa kuchni i że woli pisać o jedzeniu. Odkrył, że ukończenie tej szkoły nie czyni nikogo automatycznie szefem kuchni. Nota bene, z książki dowiecie się, że sporo obcokrajowców, którzy uczą się w tym przybytku, to przyszli dziennikarze i pisarze kulinarni właśnie.

Jeżeli nie lubicie Francji, Francuzów, ani kuchni francuskiej, to może spodoba Wam się kolejna książka Michaela. Sushi and beyond. What the Japanese know about Cooking”,  powstała w wyniku kilkumiesięcznej podróży kulinarnej do Japonii. Mini recenzja książki ukazała się na na blogu Tasty Colours w wersji angielskiej oraz na portalu Vinisfera – zapraszam do lektury: http://www.vinisfera.pl/wina,977,170,0,0,F,news.html.

Polecam obie książki – do zakupienia na razie niestety na Amazonie. Może ktoś w końcu je przetłumaczy na język polski.