Master Chef. Relacja z precastingu

Dzisiaj o godzinie 20.00 na stacji TVN będziecie mogli obejrzeć pierwszy odcinek nowego reality show t.j. pierwszy odcinek polskiej edycji programu Master Chef. Kto ogląda TVN, ten zapewne widział zapowiedź programu. Kto mieszka w Krakowie, ten zapewne widział gigantyczny plakat na nieczynnym hotelu Forum, z którego wyretuszowana do granic karykatury postać Magdy Gessler spoziera w przestrzeń swoim groźnym, odchudzonym okiem. Aż można się przestraszyć.

Na początku uprzedzam Was, że celem tego mini cyklu jest próba ukazania mechanizmów działania tego typu programów, zaobserwowanych w związku i podczas uczestnictwa w nim,  a nie atakowanie poszczególnych osób (wręcz przeciwnie, poznałam wiele ciekawych i utalentowanych osób – zarówno ze strony produkcji, jak i uczestników). Zdaję sobie sprawę, że niestety tak to może zostać odebrane.

Od „Ugotowanych” „do „Master Chef”

Zapowiedzi o precastingach do pierwszej polskiej edycji programu Master Chef pojawiły się – o ile pamiętam – w maju. Równocześnie wówczas zaczęto spekulować w sieci na temat tego, którzy szefowie wezmą w nim udział jako jurorzy. Na forach internetowych i nie tylko podawano różne nazwiska i padały poważne zarzuty – ale o tym w kolejnym poście. A sama TVN usiłowała podgrzać atmosferę.

Od początku miałam wątpliwości, czy zgłosić się na precastingi do programu realizowanego przez stację, która moim zdaniem zdążyła już zepsuć dwa bardzo dobre formaty kulinarne – „Ugotowanych” oraz „Kuchenne Rewolucje”.

Jeszcze mieszkając we Francji miałam  możliwość oglądania paru sezonów programu „Un diner presque parfait” („Ugotowani” i „Un diner presque parfait” produkowane na licencji „Come Dine With Me”). Program ten, choć realizowany przez komercyjną stację M6, w nieco głupkowato – infantylnej formule, był jednak produkcją, w której motywem przewodnim były kulinaria i gotowanie przez kucharzy – amatorów. Każdemu uczestnikowi poświęcony był jeden, bodajże 40 minutowy odcinek. Sporą część czasu antenowego pochłaniała prezentacja przygotowania potraw przez uczestników. Po wygraniu odcinka kucharz amator przechodził do kolejnego etapu – zdaje się rywalizacji regionów, a w końcu do finału. Jeden z nich odbywał się na żywo w paryskim hotelu Lutetia, dwa kroki od miejsca, w którym wówczas mieszkałam.

Polska wersja programu pojawiła się na antenie TVN w wersji bardzo okrojonej i zubożonej od tej, którą miałam możność oglądać we Francji. Po pierwsze, nasza czołowa komercyjna stacja telewizyjna okroiła istotnie czas antenowy – do jednego, godzinnego odcinka tygodniowo, poświęconego aż czterem uczestnikom. Po drugie, nie dziwi zatem, że mało uwagi poświęcono przyrządzeniu dań przez poszczególnych uczestników.  Po trzecie, oglądanie „Ugotowanych” było dla mnie swego rodzaju torturą, a to ze względu na nachalne lokowanie produktu o nazwie „Kucharek”–  który w ogóle nie powinien być używany przez żadnego, szanującego się kucharza. Podsumowując, polska wersja Ugotowanych stanowiła nędzną namiastkę całkiem przyzwoitego formatu kulinarnego dla amatorów.

 

Master Chef – a po co Ci to ?

Mój mąż, który jest jeszcze większym sceptykiem niż ja, od początku nie był zachwycony moją decyzją o przystąpieniu do precastingu pytając, „a po co Ci to ?”. Był zdania, że w reality show gotowanie będzie na drugim planie, zaś na pierwszym ludzkie emocje i ekshibicjonistyczna odsłona prywatności bohaterów. Gdy się okazało, że szefem jury została gwiazda TVN i „niekwestionowany autorytet kulinarny każdego Polaka o najlepszych kubach smakowych w Polsce” – czyli Magda Gessler, prawie zabronił mi udziału w programie. Większość moich znajomych była jednak przeciwnego zdania twierdząc, że wszystko przemawia na rzecz tego, abym na precastingi się zgłosiła. Kto zna moją historię, ten wie. Ponieważ nie opowiedziałam jej jednak TVN (o czym później), nie zamierzam ujawniać jej i tutaj. Miałam w pamięci świetną wersję francuską tego programu – choć analizując sprawę z perspektywy czasu sądzę, że prawdopodobnie i we francuskiej istotną rolę odgrywają ludzkie życiorysy i ludzkie historie, ujawniane przez uczestników produkcji.

Decyzja o zgłoszeniu się na precastingi została podjęta niemalże w ostatniej chwili.   Siedząc na drugi dzień wieczorem po wysłaniu zgłoszenia w krakowskim wine barze przy Placu Szczepańskim z długo niewidzianą przyjaciółką, nagle rozległ się dźwięk telefonicznego dzwonka. Oto TVN dzwonił. A konkretnie pani nosząca to samo imię, co bohaterka najsławniejszej legendy celtyckiej. Na wszelki wypadek imienia nie podaję, ale kto jest średnio oczytany, ten się domyśli. Pani sympatycznym i żwawym głosem oświadczyła, że oto takich osób jak ja szukają. Po minucie rozmowy okazało się, że jestem fajna, bo jestem szalona.  Co prawda na koniec rozmowy nastąpił mały zgrzyt. Na pytanie, czy ewentualnie ekipa TVN mogłaby odwiedzić mój dom, odparłam, że raczej nie….Po zakończeniu rozmowy nastąpił zakup drugiej karafki białego wina  i jego konsumpcja z koleżanką oraz zastanawianie się nad menu.

Na precasting należało przynieść potrawę przyrządzoną w domu.  Na jej odgrzanie oraz prezentację na miejscu – zgodnie z informacją organizatora – było zaledwie 5 minut czasu.   Plusem takiego rozwiązania była możność przyrządzenia bardziej skomplikowanego i czasochłonnego dania, a minusem – okoliczność, że nie mogłam przygotować mojego ulubionego. Postanowiłam przygotować danie, które kiedyś zachwyciło moją francuską rodzinę – wołowinę wolno duszoną w fond de veau i białym, wytrawnym winie.  Przyrządza się je dwuetapowo, ponieważ najpierw należy zrobić veal stock, zwany inaczej fond de veau,  a po polsku podobno demi glace, chociaż po francusku demi glace to nie to samo, co fond de veau.  Przepis, który wypatrzyłam kiedyś w książkce Micheala Bootha, absolwenta Le Cordon Bleu, o której to książce i który to przepis prezentowałam na moim kucharskim blogu tastycolours.com. Danie to jest przykładem porządnej, dobrej, domowej francuskiej kuchni w stylu Julii Child, choć nie ma w nim masła, które uwielbiała.  Wymaga przede wszystkim czasu i sezonowanej wołowiny.  Na precasting zamówiłam zatem z wyprzedzeniem dwa kilogramy węgierskiej, sezonowanej wołowiny (nie była wcale horrendalnie droga, co mnie mile zaskoczyło). Tydzień przed precastingiem przygotowywałam fond de veau. Mięso odebrałam w piątek po południu i w wieczór poprzedzający niedzielny precasting moja wołowina, uprzednio zabejcowana w brandy, dusiła się wolno.  Postanowiłam ją podać z klasycznymi glazurowanymi marchewkami. O godzinie drugiej w nocy była gotowa (choć i tak najlepsza jest na trzeci dzień).

Precasting w Katowicach. Czy jest Pani szalona ?

Na precasting wstaliśmy o godzinie 6 rano. Trzeba było dojechać z Krakowa do Katowic pod halę Makro na godzinę 8.00. Ponieważ na tym etapie organizator nie zapewniał sprzętu, wszystko – począwszy od talerzy do patelni, przez papierowe ręczniki i widelce, trzeba bylo wziąć ze sobą. Dzień czy dwa wcześniej oglądałam relację z precastingu w Krakowie. Pokazano uczestników o numerach od tysiąca wzwyż. Możecie zobaczyć to TUTAJ.

Wszystko wskazywało na to, że precastingi cieszą się wielkim powodzeniem. Jakież było moje zdziwienie, gdy zajechawszy pod halę Makro tuż przed godziną ósmą rano okazało się, że jestem jedną z pierwszych uczestniczek. Okazało się, że najwyraźniej na terenie Śląska nie ma wielu pasjonatów gotowania. Zamiast setek nakręconych pozytywnie szalonych kucharzy amatorów, zgłosiło się zaledwie około pięćdziesięciu osób.  Dzięki możliwościom technicznym współczesnej telewizji nigdy tego nie zobaczycie.

Zanim jednak nasza pięćdziesiątka przystąpiła do prezentowania dań dla jury – którym na etapie był m.in. uznany szef Rafał Targosz, gotujący kilka lat temu w Hotelu Copernicus w Krakowie -zostaliśmy obfotografowani i zarejestrowani. Otrzymałam numer 2008. Czyli po prostu numer osiem w drugim castingu. Ale 2008 lepiej wygląda, prawda ? Dowód TUTAJ. Następnie nakazano zebrać się w grupę. Podczas gdy kamera najazdami z góry robiła sztuczny tłum, kazano nam krzyczeć coś entuzjastycznie, a potem machać rękami. W międzyczasie pani o imieniu jak z celtyckiej legendy dorwała mnie i usiłowała się dowiedzieć, czy i dlaczego jestem szalona. Najwyraźniej nie uzyskawszy stosownej dla niej odpowiedzi (kudłami nie lubię machać, „dupa” publicznie też nie lubię mówić), straciła nagle zainteresowanie moją osobą i wywiadu nie dokończyła. Kilka chwil później jej uwaga skierowana już była na pewną uczestniczkę o bardzo atrakcyjnym wyglądzie, która – jak się okazało – hoduje konie. „Ale Ty fajna jesteś” – powiedziała (do pani od koni). W oczach pani z produkcji zobaczyłam dwa iskrzące ogniki. Pomyślałam wówczas o posłance Beger. Nie dziwne, że już na tym etapie wstępnie była mowa o wizycie ekipy tvn u właścicielki koni.

Mimo tego, że teoretycznie mieliśmy 5 minut czasu na podgrzanie i prezentację potrawy, w praktyce okazało się, że nikt nam tego czasu nie liczył ze stoperem w ręku. Można było spokojnie się przygotować. Już na tym etapie filmowano nasze poczynania, a szefowie kuchni zadawali pytania w przedmiocie wiedzy kulinarnej.  Były to pytania raczej  na poziomie podstawowym. Czując się nieco jak w cyrku, szef Targosz skomplementował moją  wolno gotowaną wołowinę stwierdzeniem, że „już się we mnie zakochał”. Dokładnie na to liczyłam, ponieważ wiem, że dania na bazie sosu z veal stockiem niekoniecznie przypadają do gustu osobom, które nie znają kuchni francuskiej. Zadowolona z efektu spakowałam manatki do torby i udałam się w kierunku wyjścia. Jak się okazało przedwcześnie. Danie bowiem należało sfotografować. Szkoda tylko, że nikt mnie wcześniej o tym nie uprzedził. Naprędce  otwierałam plastikowe kontenerki i w efekcie zaserwowałam danie na brudnym talerzu. W tym samym czasie zostałam wzięta w obroty przez reżysera i producentkę programu (tę, według której Magda Gessler jest autorytetem kulinarnym dla każdego Polaka, o czym TUTAJ. Posypał się grad pytań o moje szaleństwo. Czy jestem szalona ? Tak, a dlaczego ? Co ostatnio szalonego zrobiłam ? Czy uważam, że prezentacja mojego dania jest szalona ? A co ostatnio szalonego z mężem zrobiłam ? No cóż, kudłami nie macham, „dupa” też nie mówię…. powtarzam to po raz kolejny, jeżeli o to Wam chodzi drodzy Państwo. Na zakończenie dowiedziałam się, że o przejściu do dalszego etapu – castingu głównego decyduje producent.

Reklamy

47 thoughts on “Master Chef. Relacja z precastingu

  1. To jest program rozrywkowy i to ma się dobrze oglądać. TVN musi się trzymać konwencji narzuconej przez wersję master chef z USA, więc ciężko, żeby to wyglądało inaczej. Czyta się jak komentarz rozgoryczonej osoby, która się nie dostała…

    • Sławek, osoba się dostała do dalszego etapu, o kórym wczoraj nie pisałam. Dopiero w kolejną niedzielę będę mogła napisać. Było też wiele elementów pozytywnych, o których napiszę innym razem.

    • Dobrze dla rownowagi poczytac komentarz nielukrowany. Uczestnicy pierwszej edycji to albo blogerzy od dawna, albo ekspresowo pozakladali blogi na okolicznosc udzialu w programie (nie wszyscy, ale czesc z nich). Na nich nie znajdziesz nic poza tym, jak bylo super, jak swietnie sie krzyczalo do kamery na rozkaz rezysera, a jaka MG jest wspaniala i jest autorytetem kulinarnym. Master Chef oryginalnie jest konwencja brytyjska i niewiele ma wspolnego z wersja amerykanska. Widzialam wiekszosc brytyjskich serii, jedna amerykanska i jedna australijska. Wyglada na to, ze producent z Polski postawil na szolmenstwo w stylu amerykanskim, a szkoda. W mojej opinii dobry format zostal zmarnowany.

  2. No to ładnie.
    Dobrze, że to napisałaś- ja muszę przyznać, że byłam nieświadoma. Choć do programu (pomimo chyba 3ech zaproszeń wystosowanych na mojego maila) nie chciałam iść. I dobrze, nie żałuję.
    Pozdrawiam:)

  3. Droga Autorko .

    Widzac jak pieknie opisujesz i porownujesz roznej masci produkcje telewizyjne o tematyce kulinarnej , chcialbym Cie poinformowac o swoistym bledzie i braku wiedzy . Porownanie progrmau „Ugotowani” do francuskiej „Un diner presque parfait” jest rownie trafne jak porownanie kota do psa. Oba programy nie maja z soba nic wspolnego … po za kulinrnymi propozycjami uczestniczacych w nich osob . Formuly obydwoch sa calkiem inne w celu lepszego poznania tematu proponuje odszukania kilku odcinkow wersji Angielskiej ( http://www.channel4.com/programmes/come-dine-with-me ) wedlug mojej wiedzy TVN wykupil licencje z UK stad tez taka a nie inna forma produkcji.

    • Chef de Papa – uzyłam skrótu myślowego. Francuska wersja jest również oparta na licencji brytyjskiej – z tego co mi wiadomo. Poszukam jednak i sprawdzę dokładnie, dzięki za zwrócenie uwagi. MNine zgadzam się jednak, że obu formatów nie można porównywać. Pozdrawiam 🙂

    • Świete słowa i miąłm dokładnie to samo napisac. Taka znawczyni programów kulinarnych a takie bzdury pisze o Ugotowanych. Obejrzyj wersję angielską to bedziesz piała z zachwytu nad produkcją TVN-owską. Trzeba wiedzieć o czym sie pisze….

      • Fanko Ugotowanych, wersję brytyjską oglądałam (kilka odcównków) i zdania nie zmienię – w polskiej wersji jest mało gotowania, co można [pokazać w jednym kiludziesięciominutowym odcinku, który jest poswiecony kilku osobom ?

  4. Dzięki wielkie za relację z frontu.

    Nie jest to program, przy którym chciało mi się wytężać szare komórki ale intuicja właśnie taki „kulisy” powstania podpowiadała.
    Szczególnie ten entuzjazm, okrzyki i machanie rękami przy najazdach na grupy mnie zaciekawiły podczas oglądania programu. Łiiii, super.
    No tak, showbiznes ma swoje prawa:>

      • czy ja wiem ? nic nie straciłaś , zyskałaś jakies doświadczenie , historię dla wnuków , jak to babci udawać tłum kazali , a ja ,która będę na pewno oglądała kolejne odcinki , chętnie poczytam Twój blog . Mam nadzieję , że tam jeszcze pobędziesz 😀

  5. Słowem sprostowana: ‚Un dîner presque parfait’ jest na angielskiej licencji ‚Come Dine with Me’, przy czym dopuszcza dość znaczne odchylenie od bazowego konceptu programu. Polska edycja, tj ‚Ugotowani’ jest niemal idealnym odwzorowaniem wersji angielskiej. Zatem nie chodzi o to, że polska edycja jest „zubożona” bo dokładnie przedstawia programu, na który TVN wykupiło licencję.
    Absolutnie wierzę na słowo, że francuska edycja jest ciekawsza i przedstawia dokładnie to po co ogląda sie ten program – kuchnia, ale nie można jej zestawiać z polską edycją bo to po prostu co innego.

    • Widzialam jedne odcinek „Ugotowanych” i wiele, wiele serii „Come Dine with Me”. O ile w angielskiej wersji bylo miejsce na grzebanie w osobistych rzeczach uczestnikow, to jednak duza czesc kazdego odcikna (osobny 30 minutowy odcinek na uczestnika!) byla poswiecona przygotowaniu potraw, robieniu zakupow (nie w wyznaczonych deli, nie bylo product placementu! kolejna wyzszosc angielskiej wersji nad polska), opowiadaniu o ulubionych potrawach, tych znienawidzonych etc. Generalnie – krecilo sie wokol jedzenia. W polskiej mialam wrazenie, ze chodzi po pierwsze o reklame sponsorow, po drugie o lansowanie osob „medialnych”. Kulinaria byly w tle. Odcinek jeden, 40 minutowy na 4 osoby – slabo. Francuskiej w ogole nie znam, w sensie nie widzialam, ale znajomi mieszkajacy weFrancji i Belgii chwala wysoki poziom i brak szolmenstwa.

      • Niestety nie jest to prawda, ‚Come Dine with me’ miało ponad 20 serii i w zależności od rodzaju primetime i daytime odcinki były poświęcone albo jednej osobie albo czterem na raz – dokładnie tak jak w Polsce. Biorąc pod uwagę czas antenowy jaki miał TVN nie było możliwości, żeby realizować ten program z odcinkiem na jedną osobę, bo widz nie był do tego przyzwyczajony jak w UK. To program nadawany był u nas w niemal najlepszej możliwej porze, przeciętny zjadacz chleba zanudził by się wtedy gdyby oglądał cały odcinek jedną z polskich gospodyń domowych.

        Sam natomiast chętnie pooglądałbym ten program w wersji wydłużonej lub nawet skróconej, byle tylko OGLĄDAŁ tymczasem skończyło się na dwóch sezonach i teraz będziemy dostawać tytułowy gniot z Gesslerową.

        Co do stopnia gadania o pierdołach – nie przesadzajmy. Nie są to ‚Kuchenne rewolucje’ gdzie dziś z tematów kulinarnych zostało 20% tego co w pierwszych odcinkach pierwszej serii. Program dalej kręci się wokół jedzenia więc już proszę nie histeryzować.

        Nie oglądałem wszystkich odcinków wersji angielskiej, więc nie będę ignorantem i nie powiem, że nie ma tam product placementu jak w edycji polskiej, ale tutaj nasz kraj już chyba wiezie prym pod względem nie tylko programów kulinarnych.

    • Jakoś tak ciśnie mi się na usta, iż jaka kuchnia taka konwencja programu. Jedni idą na szoł inni na kuchnię.

  6. Uważam, że nic odkrywczego tu nie napisałaś 🙂 trzeba po prostu nie tylko umieć gotować w takim programie, ale i być interesującą osobowością i mieć to coś – tzn. umieć zaprezentować się przed publicznością / kamerami. Samym gotowaniem nie masz szans osiągnąć nic w programach telewizyjnych i nie jest to w takim razie miejsce dla Ciebie. Przecież nikt nie będzie chciał oglądać kogoś kto tam tylko gotuje (posmakować widz nie może dań przez ekran telewizora) jeśli ta osoba nie jest pozytywnie zakręcona ciekawa itp.

  7. Proszę o informację, gdzie można zamówić węgierską wołowinę. Dosyć często gotuję węgierską zupę gulaszową, jednak polska wołowina dostępna w sklepach się do tego nie nadaje. Byłoby miło zrobić ją w końcu z wołowiny pochodzącej z krowy mięsnej

  8. To nie jest tylko Twoje wrażenie. Zastanawia mnie zawsze po co się takie osoby pchają do reality tv skoro tak gardzą całą tą formułą.

  9. Tylko nie wiem, czy pretensje o formułę programu, w której nacisk jest położony na emocje uczestników, należy mieć do stacji? Telewizja nadaje to co się jej opłaca, a opłaca się jej to, co oglądają ludzie. Skoro wolą oni oglądać bajki o szalonej kucharce, niż wartościowy program o gotowaniu wołowiny – to co TV może z tym zrobić? Programy muszą wywoływać emocje, a że więcej z nich wywołuje pani Gessler niż ciepły kawałek mięsa – to czemu się dziwić? Generalnie, wartościowe programy mają niszowych odbiorców, więc nie ma co marudzić, że jest jak jest. Ale to temat na inną bajkę.

  10. to norma w produkcjach tvn’owskich. o wszystkim decyduje producent. podobnie było w top model, kiedy to już na samym początku wszystko było ustawione i wyreżyserowane, a dziewczyny miały gotowe do nauczenia scenariusze zachowań. 😉

  11. Oglądałem angielską edycję ‚ugotowanych’ – o jedzeniu było tylko tyle co pozostali uczestnicy przed kamerą po konsumpcji mówili jakie to było niedobre… wszystko postawione na osobowości… na ‚bycie szalonym’ i ‚robienie szalonych rzeczy’.

    Cóż gówno podobno trafia do wszystkich, a wszystkich po to by reklamy dłuższe puszczać… aha dlatego nie mam TV.

    Chętnie skosztowałbym Twojej wołowiny – bardzo lubię choć nigdy nie jadłem profesjonalnie przygotowanej więc muszę improwizować pod siebie 🙂

    3maj się!

  12. Właśnie OBALIŁAM pierwszy odcinek – przerażające i smutne za razem.
    Chyba nic odkrywczego nie powiem. Tylko przyznam Ci rację co do Kucharka 🙂 Przy okazji -Nie chcę nikogo obrazić, ale blogerzy kulinarni mogli by nie brać tego typu szitu do „teścików”. Przepraszam za dygresję, ale ostatnio szał mnie trafia jak widzę testy sosów ze słoja.
    Aha, jest jedna dobra rzecz w programie. Po jego obejrzeniu postanowiłam sobie „masterować” umiejętność przyrządzania mięsa, którą to chęć dodatkowo wzmogła jeszcze lektura twojego tekstu. Dyletant jestem w dziedzinie mięsa, zresztą w każdej innej też, ale mam dobre chęci. I błagam o informację skąd się bierze wspomnianą przez Ciebie wołowinę.
    Może jednak nie jest taki zły…
    A nie wydaje się wam że to jedzenie jakoś źle wygląda? To znaczy „nieapetycznie jest sfilmowane?
    Pozdrawiam

    • Ola, ano jest grupa blogerów, która testuje wszystkie, nawert najgorsze produkty zaproponowane przez korporacje. To ich sprawa. Ja na takie blogi nawet nie zaglądam ani ich nie czytam. Co do apetyczności filmowania dań, to rzeczywiście mogą tak wyglądać w kamerze, ponieważ są robione „saute” , tłuszcz w kamerze np nienajlepiej wygląda….nie było tam food stylera itp, przynajmniej nie na etapie trzech pierwszych odcinków, dopiero potem podobno, co i tak niewiele pomogło niektórym potrawom; zresztą włożenie liścia bazylii czy pietruszki to food styling rodem z poprzedniej epoki.

  13. Przeczytałem z nieskrywanym zainteresowaniem, czego dowodem niech będzie poniższy wpis, który pofatygowałem się popełnić, a w którym w większości podzielam opinie autorki i dorzucam kilka własnych refleksji. Jedną z nich jest opinia, której będę bronił jak niepodległości, że jurorami w programach kulinarnych nie powinni, a przynajmniej nie muszą, być kucharze, podobnie jak w festiwalach filmowych jurorami nie muszą być aktorzy, a w konkursach piękności – modelki. O tym wszakże w końcowej części postu, na początek refleksje ogólne.

    Jeśli chodzi o casting, zapewne tak właśnie wyglądają castingi do tego typu programów. Pytanie, jak wyglądają castingi na producentów takich programów, bo to właśnie OD NICH wiele, jeśli wręcz nie wszystko, zależy.

    Niemniej relacja bardzo obrazowa, co więcej jej duch widoczny był nie tylko w medialnym szumie wokół zapowiedzi programu, ale i w pierwszym odcinku, który z punktu widzenia nawet średnio wprawnego obserwatora musiał wydać się po prostu nudny. Czy seria się „rozkręci”? Nawet jeśli tak, to pierwsze wrażenie robi się tylko raz i te grube miliony widzów Tańca z gwiazdami, który emitowano w paśmie wcześniej oraz dodatkowych ciekawskich mogą się przerzedzić i już przy kolejnych odcinkach statystyki oglądalności mogą spadać.

    Co do dyskusji o Ugotowanych- ja :”wychowałem się” na niemieckiej wersji tego programu – Das Perfekte Dinner http://www.vox.de/cms/sendungen/das-perfekte-dinner.html, który absolutnie bez zadyszki od lat emituje telewizja VOX i to przez pięć dni w tygodniu, oczywiście w prime-time. Każdy godzinny odcinek poświęcony jest jednemu uczestnikowi, ostatni, (finałowy) odcinek w tygodniu poświęcony jest wspólnej kolacji i wyłonieniu zwycięzców. Program żwawy, nieźle zmontowany, z ciekawą i humorystyczną, niewymuszoną narracją, słowem dobrze się ogląda. Swojego czasu organizowano też wielki finał w formie imponującego pojedynku finalistów Pefekte Dinner (od około roku nie ma go na antenie) z najlepszymi mistrzami kuchni z Niemiec i Austrii. Show nazywał się Koch Arena – rzecz realizowana doprawdy z rozmachem ale i z rozmysłem. Gdyby komuś było mało,w niedzielę program ma specjalną edycją, trwającą aż trzy godziny, z udziałem Promis, czyli celebrytów. Także i celebryci-finaliści mają swój wielki finał, na antenie do dziś, a gala nazywa się Promi Koch Arena http://www.vox.de/cms/sendungen/promi-kocharena.html i można się na nią natknąć średnio raz w miesiącu w niedzielny wieczór – luźna atmosfera, doskonały garnitur jurorów (wcale nie kucharzy!!!) – Heinz Horrmann, uznany niemiecki krytyk kulinarny, Katja Burkhardt – naczelna niemieckiego magazynu dla smakoszy, Reiner Calmund – obdarzony wielkim poczuciem humoru smakosz, były trener reprezentacji. Całość prowadzi dwóch niemieckich komentatorów sportowych, a trzy godziny przed ekranem mija migiem. Dla mnie – najlepszy show kulinarny na świecie, absolutny punkt odniesienia dla każdego innego.

    Piszę o stacji VOX, bo jakoś nikt nie wspomina, a warto rzucić okiem na ekrany naszych sąsiadów i podpatrzeć, jak tam o swoich widzów dba telewizja, która przecież w żadnej mierze nie jest stacją kulinarną. To po prostu stacja rozrywkowa, z X-Factorem i kryminalnymi zagadkami Las Vegas 🙂

    Dobra stacja rozrywkowa.

    • Krytyku Kulinarny – nie mogę Ci teraz szerzej odpowiedzieć na mój komentarz, ponieważ jestem poza miejscem zamieszkania i mam ograniczony dostęp do sieci. Pozdrawiam i ustosunkuję się po powrocie. :)))

    • Krytyku kulinarny, zatem kto Twoim zdaniem winien być jurorem w tego typu programie ? Jak mniemam obstawiasz również krytyków kulinarnych, czy jednak uważasz że mamy w kraju na tyle wybitnego krytyka, który byłby w stanie sprostać temu zadaniu ? Ja obstawiałabym Bikonta, który jednak chyba młodszemu pokoleniu dwidziestolatków jest nieznany, zresztą jak napisała na swojej ścianie na Facebooku, nie został zaproszony przez TVN….może Nowaka ? Makłowicz ma pewnie podpisany cyrograf z TV publiczną, a nikogo innego z tego środowiska jakoś nie widzę (nie mam rzecz jasna na myśli szefów kuchni). Cały ten szum wokół Master Chefa, który miał miejsce w czerwcu i lipcu, zrobiony przez stację, chyba jednak nie przekłada się na oglądalność. Program jest nie tylko słaby merytorycznie, ale również bardzo kiepsko zmontowany, nudny, bez zera emocji no i mój największy zarzut to jednak to, że nie widać, jak uczestnicy tak naprawdę gotują – wystarczy spojrzeć na konkurencję z jajkiem, czekoladą czy karpiem. Jury stosuje nietransparentne metody oceniania kandydatów, zdjęcia potraw na stronie MC są kiepskie technicznie, przepisy tam zaprezentowane zawierają błędy (nawet ortograficzne); oczywiście wstrętny, nachalny product placement i w ten sposób fajny format, który np we Francji zabiera prawie 2,5 h w prime time u nas został sprowadzony do czterdziestoparominutowej karykatury.

      • Program niestety jest nudny – całkowicie się zgadzam – mimo że w końcu uczestnicy zostali pokazani na froncie (niemal dosłownie – gotowali dla żołnierzy).

        Kto miałby być w jury? Nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyną osobą, która w Polsce (całej Polsce) kojarzy się z krytyką kulinarną jest Robert Makłowicz, choć – o paradoksie – od pewnego czasu w zasadzie w tym zakresie nie działa. Piotr Bikont niestety rozmył się medialnie – nie wiem, czemu – pamiętam jego felietony w Wyborczej pod koniec lat 90. To był pierwszy polski krytyk kulinarny, zresztą mój maestro tamtych lat, ale przecież nie tylko mój, bo o jego felietonach mówili wówczas wszyscy. Maciej Nowak jest teatrologiem, który po prostu jada, a ostatnio ostentacyjnie epatuje polskiego odbiorcę obrzydliwymi obrazami choćby jadania psów – po co? Tak czy owak nie jest osobą medialną, a przez swoje kontrowersyjne posunięcia z pewnością nie spotkałby się z sympatią masowego widza.. Poza tym jest jeszcze kilka osób rozpoznawalnych regionalnie (jak choćby Wojciech Nowicki z Krakowa czy nawet ja osobiście z Wybrzeża, pewnie jeszcze kilka osób tu i tam), ale czy sprawdziliby się w tego typu formacie – wielki znak zapytania. Czy mieliby ochotę być częścią tego show – znak zapytania jeszcze większy.

        Niemniej w medialnej przestrzeni widzę kilka ciekawych postaci, jak choćby Grzegorza Russaka czy Pawła Lorocha – to mogliby być dobrzy kandydaci. „Mają gadkę” a poza tym wiedzą, o czym mówią. Mogliby „zrobić show”, a jeśli miałby być show, to należałoby pójść po bandzie i dobrać osoby, które do show dodadzą energii – np. wróżbitę Macieja i Dorotę Welman. Z zapałem czekałbym na komentarze takiego zespołu i pewnie nie tylko ja 🙂

        A tak na koniec – nie ma w Polsce jeszcze oczywistych postaci, które od razu przychodziłby na myśl w takim kontekście. Żal? No żal. Ale kot powiedział, że jesteśmy gotowi na wielki show kulinarny?

    • Ja ? Pomyliłaś mnie z inną uczestniczką, ktora ryczała i błagała o szanse. Mnie nie pokazano w ogóle w programie, ani nawet na oficjalnbym fan page’u. Gdzieś tam się przewijał tylko na ogólnych ujęciach (pierwsze trzy odcinki). I tyle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s